Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Zwykły Zeszyt

Zwykły Zeszyt
1K+ subskrybentów
Obserwuj
podróżekulturahistoriaprzygoda

Zwykły Zeszyt: opowieść o cichym buncie i upartym spojrzeniu

Początki tego, co dziś znane jest jako Zwykły Zeszyt, były skromne, prawie przypadkowe — jak często bywa z rzeczami, które potem stają się znaczące. Pierwsze wideo, opublikowane w styczniu 2017 roku, to prosty odcinek z Iranu, nagrany w pokoju hostelowym, z niepewną kamerą i jeszcze bardziej niepewną narratorką. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że za tym imieniem, które brzmi jak gadżet szkolny, kryje się osoba, której ciekawość świata przewyższa jej pewność siebie, a odwaga kryje się w konsekwentnym, choć cichym, krokaniu przez granice — geograficzne, kulturowe, emocjonalne.

Zaczynało się od podróży, ale szybko stało się jasne, że chodzi o coś więcej niż tylko o widoki. Pierwsza seria — z Iranu — była pełna nieśmiałości, drobnych ironicznych komentarzy i szczerości, która nie była zaplanowana, tylko wynikała z braku czasu na udawanie. Wtedy jeszcze kamera była rzucona między walizki, a głos narratorki drżał, kiedy mówiła o toalecie pośrodku pokoju albo o delfinie z plastiku w parku w Kermanie. Ale już wtedy było widać: ta osoba nie interesuje się tylko muzeami, tylko ludzkimi historiami — tych, które się nie liczy, bo nie mają pięknego tła.

W 2017 roku, kilka miesięcy po powrocie z Iranu, Zwykły Zeszyt zrobił coś, co wydawało się niemal szaleństwem — wybrał Algierię. Wtedy, dla polskiego YouTuba, to był kraj praktycznie nieodkryty. Seria z Algierii, która zaczęła się od zgubienia telefonu, szybko stała się czymś więcej niż podróżniczym dziennikiem. Zaczynała się od kulturowego zdumienia — kota pijącego kawę, Notre-Dame w Afryce — ale szybko przekształciła się w coś głębszego. I to nie tylko dlatego, że w Oranie spotkała Mohammeda, Salima i Fatimę, których wspomina z autentyczną tęsknotą. Ale dlatego, że gdzieś po drodze do Ghardai, miasta nazwanego „planszą z Neverhooda”, podróż przestała być odczuciem przygody, a stała się próbą zrozumienia granic, paranoia i ludzkiej dobroci, która pojawia się tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy. Oglądając te odcinki, trudno było nie zauważyć, że narratorka nie tylko opowiada — ona rozpracowuje. Każdy zapis z Ghardai, każdy komentarz o „mechanicznych zwierzętach” czy prywatnym koncercie, był fragmentem osobistego dylematu: co to znaczy być gościem? Kiedy pomoc jest opresją? Kiedy zaufanie staje się ryzykiem?

Z czasem widać, jak zmienia się ton. Z nieśmiałych, nieco nieporadnych vlogów z Iranu i Algierii, przez szczegółowe relacje z Jordanii — gdzie Petra została nazwana „niewypałem”, a Wadi Ram „najpiękniejszą pustynią, na jakiej kiedykolwiek byłam” — dochodzi do momentu, gdy podróż przestaje być tylko pretekstem. W 2019 roku pojawia się wykład o rewolucji irańskiej, nagle, bez kontekstu wideo, jakby ktoś otworzył drzwi do innego pokoju. A potem — cicha rewolucja formy. Zaczynają się Turbanowe Opowieści — podcast, który nie miałby prawa istnieć, gdyby nie miłość do dziwactw, historii rodzinnych i tych, które się nie liczą. Tam pojawiają się Baba Jaga Boryana, autostop z Belgradu do Sofii, sześcioosobowy Matiz i wspomnienia o fryzjerach, które brzmią jak tragiczny melodramat z wyzwoleniem w postaci akcji „Daj Włos”. W tych opowieściach, pełnych absurdów i bólu, odnajduje się coś, co przez całą edukację podróży było tylko domyślne: że życie to nie tylko to, co się zaplanowało, ale to, co nas dosięgło, gdy nie patrzyliśmy.

I właśnie wtedy coś się przekręca. Z buntowniczki przeciw stereotypom, bohaterka staje się buntowniczką przeciw zapomnieniu. W 2020 roku, po sześciu miesiącach milczenia, pojawia się film o Srebrenicy — o ludobójstwie, o którego nie powinno się zapominać, a które zostało popełnione „na oczach świata”. I to nie jest już tylko opowieść o miejscu, ale o moralnej porażce, o nieuczciwości pamięci, o tym, co się dzieje, gdy milczymy. Wtedy pojawia się pierwszy zwiastun tego, co dojrzewało od lat: że ten kanał to nie tylko podróż, ale etyka spojrzenia. I że można opowiadać o pięknych dachach w Esfahanie, ale nie można milczeć, gdy ktoś zabija dzieci.

Kolejne lata to przyspieszona metamorfoza. Turbanowe Opowieści zmieniają się w przestrzeń, gdzie komedia spotyka się z traumą — jak w odcinku o przemocy w przestrzeni publicznej, gdzie śmianie się staje się mechanizmem przetrwania. Ale najważniejszy moment to 2024 rok, kiedy po długiej przerwie, Zwykły Zeszyt wraca z zapowiedzią podkastu Nigdy więcej? — serii poświęconej ludobójstwom po II wojnie światowej, z Srebrenicą jako pierwszym węzłem. I tu, po raz pierwszy, wszystko się łączy. Miłość do szczegółów, do historii małych ludzi, do nieudanych studniówek, do irańskich meczetów i algierskich autobusów — wszystko to prowadzi do jednego: chęci, by patrzeć prosto w mrok, bez upiększania, bez wybaczenia.

Największe sukcesy Zwykłego Zeszytu nie są liczone w tysiącach odsłon — choć odcinki o Miss Sarajewie czy „Różowym flamasterze znaczącym śmierć” przekraczają pięć tysięcy. Największy sukces to fakt, że istnieje. Że ktoś wciąż mówi o rzeczach, które inni omijają, że rozmawia o przemocy, o ksenofobii, o zapomnianych ludobójstwach, o tym, co się dzieje w Gazy, kiedy nie ma kamery, ale też o tym, jak straszną imprezą była studniówka. Sukces to Sonia Kilarska, która projektuje grafiki, i Malin, która montuje dźwięk i komponuje muzykę, i Adri, która zachęciła do nagrania o Creepsperience. Sukces to fakt, że tłumaczenia na język migowy pojawiają się niemal od razu, bo dostępność to nie luksus, ale obowiązek.

Były też potknięcia. Nie wszystkie filmy trafiały do serca widzów. Niektóre serce widzów trafiały, ale nie trafiały do algorytmów. Był czas, gdy widoczność spadła, gdy Algieria została zapomniana, gdy kolejne odcinki z podcastu były słuchane głównie przez garstkę oddanych, gdy ktoś może zapytał: po co to wszystko? Ale ona robiła dalej. Opowiadała o Vintedzie, o fryzjerach, o tym, dlaczego małpy to nie studenci — nie dlatego, że to ważne, ale dlatego, że to też jest prawda.

A najważniejsze filmy to te, które nie były filmami — które były wyzwaniami. Srebrenica – ludobójstwo na oczach świata, Wiadomość od dr Osamy Abo Zebidy, Różowy flamaster znaczy śmierć — to nie są treści do odpoczęcia przed snem. To są wołania o uwagę. To są kroniki cierpliwej, upartej obecności.

I tak, z serii o Iranie i Algierii, z wesołych opowieści o stopie z Belgradu, z wdzięczności dla tatusia w Yazdzie, rodzi się coś, co nie da się nazwać ani blogiem, ani vlogiem, ani podcastem. To narracja o tym, jak patrzeć — na świat, na siebie, na historię — bez kłamania, ale też bez przesady. Z ironią, ale nie z pogardą. Z bólem, ale z humorem.

To historia o kobiecie, która zaczęła od zgubienia telefonu w Algierii, a skończyła na przypominaniu światu, że Srebrenica to nie przeszłość, tylko trwałe oskarżenie.